Yellowstone nie chciało się z nami pożegnać i płakało rzewnymi łzami…
Znaczy lunęło nad ranem jak z cebra. Zwijanie obozowiska w deszczu było nie lada wyzwaniem. Dla mnie i Kici był to pierwszy raz w życiu. Ale daliśmy radę :)
Poszło niezwykle sprawnie, o 9 już piliśmy czekoladę w General Store.
Pierwszy etap drogi przebiegał przez pobliski Grand Teton NP. Niestety nie mogliśmy napawać się oszałamiającymi widokami wysokich szczytów, bo tonęły one w nisko wiszących, ołowianych chmurach.
Znów napotkaliśmy stojące na poboczach samochody i ludzi z aparatami fotograficznymi- niedźwiedzica z młodymi. tym razem nie dała się sfotografować. Bizony już nie robiły na nas takiego wielkiego, jak kilka dni temu, wrażenia :)
Pierwszym napotkanym po drodze miastem było Jackson. Jest to niewielkie, wyglądające jak żywcem przeniesione z westernów miasteczko, położone w malowniczej dolinie Jackson Hole. Trochę makabryczne wrażenie robiły bramy z poroży. Podobno są ich w Jackson 4, my wiedzieliśmy jedną.
Po krótkim popasie ruszyliśmy dalej. I tu niespodzianka: zamknięto drogę nr 89, którą mieliśmy jechać na południe. Zostaliśmy zmuszeni do wybrania drogi 189, dłuższej lecz, jak się niedługo okazało, niezwykle malowniczej.
Po trzech godzinach jazdy poczuliśmy ostre ssanie w żołądkach i mięsożercy zażyczyli sobie steka. Wyoming, jak wiadomo, to kraina pasących się steków. Była więc nadzieja na dobry. Niestety mijaliśmy tylko jakieś mikroskopijne wioski aż nagle w jednej z osad zobaczyliśmy BAR. Wienio został wysłany jako umyślny celem zasięgnięcia języka czy dają tam steki. Wrócił z dziwnie zmieszaną miną i stwierdził, że tam jacyś przebierańcy siedzą i piją. Wszyscy ubrani w jednakowe dżinsy, kapelusze i koszule.. To nie byli przebierańcy tylko lokalesi w ich standardowym stroju (dresscode kowboja) :D Steków niestety nie podawali. Pojechaliśmy więc dalej. Dopiero w dostaliśmy to, na czym nam zależało. Ogromne, soczyste steki :) mniam.
Do Ogden dotarliśmy tuż przed zachodem słońca. Nie mieliśmy już siły na nic. Zrobiliśmy tylko pranie a Kicia przetestował swój
Postanowiliśmy dłużej pospać, bo następnego dnia mieliśmy pozwiedzać Salt Lake City i pognać na noc do Moab.
Relacje z naszych wypraw wakacyjnych, pisane ku pamięci naszej i uczestników a także, mam nadzieję, przydatne innym, którzy chcą nasze trasy powielić. Parki Narodowe Kalifornii AD 2008, Zachodnie stany USA AD 2012, Szkocja i Nowy Jork AD 2013, Tajlandia AD 2014, Chicago- Las Vegas-Kalifornia-Yellowstone-Moab- Wielki Kanion AD 2015 Rzym i Sycylia AD 2016, Singapur, Malezja Tajlandia AD 2017, Dubai AD 2017, USA AD 2018.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyoming. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyoming. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 11 sierpnia 2015
poniedziałek, 10 sierpnia 2015
Yellowstone dzień drugi
Następnego dnia Yellowstone pokazał nam inną twarz. Dzikie zwierzęta wodospady i rzeka Yellowstone w wielkim kanionie, ogromne otwarte przestrzenie, dzikość.
Zaczęliśmy od odwiedzenia wodospadów Upper i Lower. Piękne one….
Ścieżka wiodąca krawędzią kanionu była niezwykle widokowa lecz u niektórych powodująca lekki niepokój- ekspozycje były solidne :)
Na parkingu znów u Polonusów zainteresowanie i niejednokrotnie wzruszenie wzbudzały nasze oznakowane auta. Podchodzili do nas i wypytywali o wakacje. Jedna z Pań, która mieszka na Florydzie zaprosiła nas do siebie i była szczerze wzruszona, że nasz kraj tak się zmienia i nas stać na TAKIE wakacje. Nawet to miłe :)
Co kilka mil zatrzymywaliśmy sie by podziwiać widoki. Jak to mój kolega Gżena stwierdził:"jakieś focie (nie mówię galerie) mogłabyś dodać, a nie opowiadać o tym jak popstrykaliście zdjęcia" no to dodaję
I tak sobie kontemplowaliśmy widoki aż nagle na drodze, w środku niczego natknęliśmy się na spory korek, porzucone auta i biegających z lornetkami i aparatami ludzi. To zawsze oznacza zwierzynę. Wysłaliśmy więc na zwiad, najbardziej obytego z dzikością uczestnika wyprawy- Wienia. Jak zobaczyliśmy jego powrót już wiedzieliśmy, że sprawa jest niecodzienna i gruba!
NIEDWIEDŹ!
Było to emocjonujące spotkanie i niezły fuks: postanowiliśmy zobaczyć dzikie zwierzęta i bardzo proszę oto miś a potem cała reszta wyłaziła nam przed auta.
Następnie dotarliśmy do celu podróży na dziś- Mammoth Hot Springs. Po pierwsze zobaczyliśmy osadę z wypielęgnowanymi, zielonymi trawnikami a na nich stada saren. Łażą między ludźmi i samochodami, mając wszystko w zadzie :) i delektują się smaczną trawką.
Trzysta metrów dalej poczuliśmy subtelną woń siarkowodoru i oczom naszym ukazały się rzeczone źródła z tarasowo spływającą gorącą wodą. Cóś pięknego:
Pospacerowaliśmy, ponapawaliśmy się widokiem i ruszyliśmy na kemping, do przejechania było niebagatelne 80 km, to naprawdę duży park.
Na koniec jeszcze łabędzie i zachód słońca :) było cudnie.
Zaczęliśmy od odwiedzenia wodospadów Upper i Lower. Piękne one….
Ścieżka wiodąca krawędzią kanionu była niezwykle widokowa lecz u niektórych powodująca lekki niepokój- ekspozycje były solidne :)
Na parkingu znów u Polonusów zainteresowanie i niejednokrotnie wzruszenie wzbudzały nasze oznakowane auta. Podchodzili do nas i wypytywali o wakacje. Jedna z Pań, która mieszka na Florydzie zaprosiła nas do siebie i była szczerze wzruszona, że nasz kraj tak się zmienia i nas stać na TAKIE wakacje. Nawet to miłe :)
Co kilka mil zatrzymywaliśmy sie by podziwiać widoki. Jak to mój kolega Gżena stwierdził:"jakieś focie (nie mówię galerie) mogłabyś dodać, a nie opowiadać o tym jak popstrykaliście zdjęcia" no to dodaję
I tak sobie kontemplowaliśmy widoki aż nagle na drodze, w środku niczego natknęliśmy się na spory korek, porzucone auta i biegających z lornetkami i aparatami ludzi. To zawsze oznacza zwierzynę. Wysłaliśmy więc na zwiad, najbardziej obytego z dzikością uczestnika wyprawy- Wienia. Jak zobaczyliśmy jego powrót już wiedzieliśmy, że sprawa jest niecodzienna i gruba!
NIEDWIEDŹ!
Było to emocjonujące spotkanie i niezły fuks: postanowiliśmy zobaczyć dzikie zwierzęta i bardzo proszę oto miś a potem cała reszta wyłaziła nam przed auta.
Następnie dotarliśmy do celu podróży na dziś- Mammoth Hot Springs. Po pierwsze zobaczyliśmy osadę z wypielęgnowanymi, zielonymi trawnikami a na nich stada saren. Łażą między ludźmi i samochodami, mając wszystko w zadzie :) i delektują się smaczną trawką.
Trzysta metrów dalej poczuliśmy subtelną woń siarkowodoru i oczom naszym ukazały się rzeczone źródła z tarasowo spływającą gorącą wodą. Cóś pięknego:
Pospacerowaliśmy, ponapawaliśmy się widokiem i ruszyliśmy na kemping, do przejechania było niebagatelne 80 km, to naprawdę duży park.
Na koniec jeszcze łabędzie i zachód słońca :) było cudnie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
