Po gorskich zawijasach okolic jeziora Tahoe droga była niezwykle monotonna. W Newadzie pustynie i suche pasma wzgórz w Idahoe pola uprawne i płaskie łąki.
Idaho powitało nas burzowymi chmurami i deszczem. Jazda w takich warunkach była bardzo wyczerpująca. Mimo tego nasi dzielni kierowcy i tym razem nie poprosili o zmianę. Twardziele.
Przejechalismy około 500 mil. To był najdłuższy odcinek naszej wyprawy i niestety najnudniejszy. Jedyną atrakcją było odwiedzone na chwilkę Virginia City. Ghost town nieopodal Carson City, w którym panuje nieustanny odpust. Urocza zabudowa z końca 19 wieku położona wśród wzgórz jest niezwykle malownicza i fotogeniczna. Popstrykaliśmy nieco i tyle.
Postanowiliśmy przenocować w Twin Falls, miasteczku położonym najbliżej wodospadu Shoshone, największej atrakcji rzeki Snake, która wije się wśród pól i łak. Dotarliśmy tam około 23 i padliśmy jak muchy!
Rano podjechaliśmy do wodospadu (wjazd do parku krajobrazowego jedyne 3 dolary). Ładnie tam, ale Niagara to nie jest. Urządzono tam również kąpielisko i tereny na pikniki rodzinne. Bardzo przyjemne miejsce.
Zrobiliśmy jeszcze zakupy spożywcze i rozpoczęliśmy ostatni 300 milowy odcinek podróży w kierunku zachodniego wjazdu do parku narodowego Yellowstone.
Po drodze zatrzymaliśmy się na dwie godziny w niesamowitym miejscu Craters of the Moon. Jest to tzw National Monument (czyli karnet roczny do parków narodowych upoważnia do wstępu). Przez tysiąclecia pękała tu skorupa ziemska i na powierzchnię wydobywała się lawa, zastygając w rozmaite strukrury i formy. Ostatni raz 2000 lat temu. Miejsce absolutnie zadziwiające, niepodobne do niczego co w życiu widziałam. Wszędzie czarno, rośliny próbują skolonizować tę niegościnną okolicę z różnym skutkiem, głównie mizernym. Groźną scenerię podkreślały ciężkie, ołowiane chmury, z których co jakiś czas spadał rzęsisty deszcz a w oddali niebo rozdzierały błyskawice.
Można było nakręcić tu dreszczowiec ;)
Miejsce absolutnie warte odwiedzenia.
Gdy ruszyliśmy dalej, front burzowy podążył za nami. Obawialiśmy się, że pierwsza noc na kempingu w Yellowston będzie deszczowa. Na szczęście zdążyło się wypadać tuż przed naszym przybyciem, rozbijaliśmy więc namioty w wilgoci ale bez opadów. Noc była bardzo zimna i wszyscy dość mocno zmarzliśmy. Rano trzęsąc się z zimna udaliśmy się na kawę, kupiliśmy dodatkowe koce i ruszyliśmy na podbój parku.
Jako pierwszy cel obraliśmy południową część pętli opasującej Yellowstone.
Pierwszym celem naszej wycieczki było miejsce West Thumb. Cała okolica dymiła, bulgotały gorące źródła. Przepięknie kolorowe. Fantastyczne miejsce. Spędziliśmy tam sporo czasu i wypstrykaliśmy sporo klatek :)
Następnie przejechaliśmy do Old Faithful. Gejzera, który wybucha wrzątkiem i parą co 90 min. Ledwie dojechaliśmy na parking a dostrzegłam z oddali, że nad gejzerem unosi się sporo pary a wokół jest ogromna ilość ludzi. Pogalopowaliśmy więc w jego stronę, wietrząc bliską erupcję. Udało się! 14 minut później zaczęło się widowisko. Siedzieliśmy na brzegu podestu w pierwszym rzędzie. Widok mieliśmy doskonały.
Potem poszliśmy pooglądać inne gejzery i gorące źródła a na koniec zjedliśmy obiad. W kafeterii spotkaliśmy przemiłą rodzinę Polaków, którzy od 22 lat mieszkają w Chicago. Porozmawialiśmy o wycieczkach i ciekawostkach, które jeszcze czekały nas w Yellowstone, o naszej ojczyźnie i o różnych drobnych sprawach. Bardzo fajne spotkanie.
Na deser pojechaliśmy zobaczyć Grand Prismatic Spring. Droga do niego byla zamknięta, nie ma go na żadnej oficjalnej mapie parku a jest PIĘKNE. Weszliśmy nie do końca legalnie do lasu na stromą górę i zobaczyliśmy je stamtąd w pełnej krasie. FANTASTYCZNE.
Nie mogliśmy się napatrzyć na ten parujący cud, mieniący się wszystkimi kolorami od głębokiego kobaltu poprzez błękit, turkus, szmaragd, odcienie żółci i pomarańczu. Niezapomniane wrażenie.
Na tym dzień dobiegł końca. W drodze powrotnej na kemping spotkaliśmy jeszcze kilkanaście bizonów i tyle.
Rozpaliliśmy ognisko, zgrilowaliśmy kiełbaski bekon i warzywka, najedliśmy się i poszliśmy spać. Ta noc była zdecydowanie cieplejsza :) CDN
Relacje z naszych wypraw wakacyjnych, pisane ku pamięci naszej i uczestników a także, mam nadzieję, przydatne innym, którzy chcą nasze trasy powielić. Parki Narodowe Kalifornii AD 2008, Zachodnie stany USA AD 2012, Szkocja i Nowy Jork AD 2013, Tajlandia AD 2014, Chicago- Las Vegas-Kalifornia-Yellowstone-Moab- Wielki Kanion AD 2015 Rzym i Sycylia AD 2016, Singapur, Malezja Tajlandia AD 2017, Dubai AD 2017, USA AD 2018.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Virginia City. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Virginia City. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 9 sierpnia 2015
poniedziałek, 2 lipca 2012
Najodludniejsza Droga Ameryki czyli US 50, Nevada- dzień szósty, sobota
Dziś jedziemy najodludniejszą drogą Ameryki czyli US Road 50.
Zaczyna się nie tak odludnie. Sporo aut w obu kierunkach. Zjechalismy na dwie
godzinki do Virginia City, które jest
jednym z najlepiej zachowanych i najbardziej malowniczych ghost towns w USA.
Było miastem górniczym podczas eksploatacji złóż srebra (Nevada jest zwana Silver State, Kalifornia Golden State). Mieliśmy mase szczęścia, bo trafiliśmy na doroczne święto- ostatni weekend przed 4 lipca. Na Maine Street stały dziesiątki zabytkowych samochodów, wszędzie pełno ludzi ubranych jak na początku 20 wieku.
Dymiące grille, zimne napoje i masa sklepów z tzw badziewiem. Kupiliśmy kapelusze, zjadłam śniadanko za 5,5$ wypiliśmy kawkę i poszwendaliśmy się po mieście.
Było miastem górniczym podczas eksploatacji złóż srebra (Nevada jest zwana Silver State, Kalifornia Golden State). Mieliśmy mase szczęścia, bo trafiliśmy na doroczne święto- ostatni weekend przed 4 lipca. Na Maine Street stały dziesiątki zabytkowych samochodów, wszędzie pełno ludzi ubranych jak na początku 20 wieku.
Dymiące grille, zimne napoje i masa sklepów z tzw badziewiem. Kupiliśmy kapelusze, zjadłam śniadanko za 5,5$ wypiliśmy kawkę i poszwendaliśmy się po mieście.
Po opuszczeniu Virginia City pognaliśmy dalej 50tką, zbierając
specjalne pieczątki na mapie, dokumentujące naszą podróż. Mamy nadzieję uzyskać
certyfikat „we survive Road 50” J
Odludna to ona jest, widoki piękne, niezmierzone
przestrzenie porośnięte z rzadka trawą, bylicą i gdzieniegdzie jałowcami. Suche
i niegościnne równiny, fioletowawe i łyse góry. I tak 6 godzin. Minęliśmy tylko
trzy miasteczka, w pierwszym Falon zatankowaliśmy, w drugim zjedliśmy obiad (Austin)
, w trzecim podstemplowaliśmy tylko mapę (Eureka) i dotarliśmy na nocleg do
czwartego (Ely). Po drodze było kilka sesji zdjęciowych pustki, samochodów minęliśmy
już bardzo mało. W pewnym momencie wyprzedziła nas szybko jadąca toyota. Kilka
mil dalej stała na poboczy w
towarzystwie radiowozu. Nie wiem skąd oni się biorą. Po horyzont tylko sucha
trawa i krzaczki, żadnej wsi domku, NICZEGO i nagle ktoś przekracza prędkość a
szeryf już jest na sygnale! Teleportery mają czy co?
Po zakwaterowaniu postanowiliśmy wyjechać za miasto
pooglądać niebo, prawie nie ma tu light polutions. Kicia znalazł fajne wzgórze
z droga gruntowa i placykiem do zawracania. Pojechaliśmy wiec we czwórkę: ja
Kicia Ula i Sebastian. Było niesamowicie, obserwacje niemożliwe z powodu bardzo
jasnego księżyca. Świecił tak mocno, że u stóp kładły się nam długie cienie,
krzaki i skały wyglądały złowieszczo, na domiar złego Sebastian znalazł cała
masę łusek z różnej broni. My z Ulą wpadłyśmy w panikę i zażądałyśmy natychmiastowego
powrotu, ku sprzeciwowi Kici. Uległ jednak naszej presji i wróciliśmy cało i zdrowo
do motelu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
