niedziela, 15 lipca 2012

Same cuda: Powell Lake, Antelope Canyon, Monument Valley, Petrified Forest NP- dzień czternasty, piętnasty,szesnasty: niedziela, poniedziałek i wtorek.

Ależ kicha!!!
zniknął mi opis trzech dni!

Niedziela zaczęła się od obfitego i pysznego śniadania w naszym dziwnym motelu. Motel Lees Ferry Lodge polecam gorąco! Jest jak z filmu.
Ponieważ mieliśmy zarezerwowaną wycieczkę do Antelope Canyon na 15.30 mieliśmy sporo czasu na objazd okolicy.
Na pierwszy ogień poszły dziwne kamienie pod Vermillion Cliffs, następnie dzika rzeka i most Navajo. Bardzo ładne widoki.


 Potem ruszylliśmy do Page, zatrzymując się jedynie na chwil kilka na tamie na rzece Glen oraz nad jeziorem Powella i pstrykając kilka fotek.


Około 15, z rosnącym podekscytowaniem pognaliśmy do biura Navajo. Zapłaciliśmy po 35$ od łebka i załadowali nas na pakę wielkiego trucka. PrzypięliśĶy się pasami i wielki Indianin z ponurą miną ruszył. Ależ oni grzeją. Pędził przez pustynię, że mało nam łbów nie pourywało. Nie ukrywam, że w tym koszmarnym skwarze było to nawet przyjemne. Ļostanowiłyśmy z Manią robić wieś i wykrzykiwałyśmy piosenki w stylu: "Jedziemy autostopem" czy "Góralu czy ci nie żal".
po dotarciu na miejsce, szczęki nam w piach opadły. Co Wam będę gadała, sami popatrzcie




Byliśmy tam prawie do piątej a Indianin okazał się bardzo miłym i uczynnym przewodnikiem.
Ruszyliśmy do Monument Valley. Niestety dotarliśmy do Kayenta tuż przed zachodem słońca. Zabrakło nam dosłownie kwadransa, żeby zobaczyć ostańce spowite w czerwień zachodzącego słońca.
Cóż było robić, ruszyliśmy na poszukiwania noclegu. Pierwsze dwa miejsca okazały się rozczarowujące. Trzecie za to super! Był to Kayenta Monument Valley Inn. Prowadzony przez Indian, czysty i gustownie urządzony motel. Wielkie pokoje, duży basen i to za rozsądna cenę.
Poniedziałek
Rano pyszne i obfite śniadanku i popruliśmy, znaną nam już drogą do znanej wszystkim z westernów doliny.
przez Monument Valley została wytyczona nieutwardzona droga. Jedzie się nią chwilami dość ciężko (głęboki piach i kamienie). Widoki jednak wynagradzają wszelkie niedogodności. Samochodom osobowym o niepodwyższonym zawieszeniu zdecydowanie odradzam wjazd! Czułam się jak na planie westernu w Johnem Waynem....




Mieliśmy objechać dolinę w półtorej godziny, zrobiliśmy to w 2,5. I to bez ociągania się.
Po wyjedzie stamtąd mieliśmy dotrzeć do Flagstaff. Zdecydowaliśmy, że pojedziemy nieco dłuższą drogą i spróbujemy wpaść przed wieczorem do kolejnego parku narodowego Perified Forest NP.
Całą drogę jechaliśmy przez rezerwaty Indian. Ponure domostwa w spalonej słońcem okolicy...
I znów tuż przed zachodem słońca dotarliśmy na miejsce. Zadziwiający park. Przepiękne widoki na Painted Desert a dalej kłody skamieniałych drzew. Do tego nierealnie wyglądające niebo, z jednej strony chmury burzowe, z drugiej zachodzące słońce. PIĘKNIE




Zostaliśmy tam do 20.30 i pojechaliśmy do naszego motelu we Flagstaff. Czekała nas pierwsza w tej podróży przykra niespodzianka. Z powodu bliżej nieokreślonej awarii zostaliśmy rozdzieleni i my z Łakami wylądowaliśmy w Econolodge w śmierdzących pokojach dla palaczy. Potem okazało się, że prawdziwie śmierdzący pokój to miała Lidzia.
W nocy kolejna przygoda. W ścianę budynku naprzeciwko naszych pokoi wbił się samochód osobowy. Waldi ruszył na pomoc. Na szczęćsie kierowcy nic się nie stało a służby ratunkowe pojawiły się bardzo szybko.
Wtorek
ufff przeniesiono nas do wypasionego Days INNa z dużym basenem czystymi pokojami i pralnią :)
Cały dzień spędziliśmy w okolicach Sedony. Najpierw dzieciaki popluskały się w rzece w tzw Slide Rock. Potem przejechaliśmy przez Sedonę do kościoła na skale, ktory zamiast ołtarza ma wielkie okno na dolinę a potem Łaki pojechali na południe w poszukiwaniu wielkich kaktusów Saquaro a my do klimatycznego ghost town Jerome. Urocze miasteczko, jakby żywcem przeniesione z początków ubiegłego wieku. Dużo spokojniejsze od Sedony, no i było prawdziwe włoskie espresso. Mnie i Kicię zachwycił sklep z kalejdoskopami. Wyobrażacie sobie spory sklep a w nim same kalejdoskopy? duże i małe, prawdziwe dzieła sztuki. Zaglądaliśmy w każdy, zaprzyjaźniliśmy się ze sprzedawczynią i dostaliśmy na pamiątkę jeden mały :)


Po powrocie do Flagstaff pojechaliśmy z Kicią do Best Buy'a i kupiliśmy mi wymarzonego MacBooka Air :) śliczny on. W powrotnej drodze do hotelu kupiliśmy jedzenie na wynos w tej samej tajskiej knajpce, co trzy lata temu. Było pyszne.
Łaki wrócili koło północy, zmęczeni lecz szczęśliwi. Upolowali kaktusy i zjedli obiad u Amiszów.
Jutro jedziemy do Las Vegas!!!


środa, 11 lipca 2012

Zion NP zapomniany dzień 12sty, piątek

uuch
piszę ze sporym opóźnieniem, niestety były kłopoty z netem.
Dziś postanowiliśmy spędzić w Zion kolejny dzień. Zaplanowaliśmy go następująco: rano Angels Landing a po powrocie z tego szlaki Narrows. Na Angel Landing nie miałam sie zamiaru wybrać- ciężki, stromy szlak z duzymi ekspozycjami i łańcuchami, to nie dla mnie. Zostałam więc z Dzieciakami a reszta towarzystwa poszła. Tę częśc powinien zrelacjonować Kicia.
Rano, przed wjazdem do parku wypożyczyliśmy obuwie, neopronowe skarpety i kije, żeby móc wejść do Narrows. Jest to szlak prowadzący w górę rzeki Virgin, po wodzie dnem bardzo wąskiego kanionu.
Około południa spadł, wbrew niskiemu prawdopodobieństwu, deszcz i Narrows zostało zamknięte do 11 dnia następnego. Kicha.
pospacerowaliśmy więc dnem kanionu, zobaczylismy film o jego powstaniu i tyle. Widoki wspaniałe ale Zion mnie nie porwał. Strasznie szkoda mi Narrows : (
Kolejny mega rozczarowaniem był szlak do Emerald Pools. Żadne emerald, zwykłe błotniste bajoro z kapiąca wodą w miejscu wodospadu. Kiepsko.



Wielki Kanion-dzien trzynasty, sobota

Wielki Kanion
poranek w St. George byl pogodny, ani sladu wczorajszego deszczu. Zerwalismy sie o 8, szybkie sniadanko i w droge! czekal na nas Grand Canyon i wielka niewiadoma w postaci pierwszego braku rezerwacji hotelu.
Postanowilismy tym razem dostac sie na bardziej niedostepna north rim. Zanim tam dotarlismy musielismy przejechac ponad 140 mil. Laki ruszyli o godzine wczesniej, bo postanowili zejsc do kanionu tak gleboko, jak sie da. Jadac do parku spotkala nas przygoda numer 1. Na droge wyszlo stado bizonow. I to jakie stado... Kicia oszacowal je na okolo 300 sztuk. Czesc z nich stanela na drodze i ruch zostal zatamowany. Kolejne galopowaly wprost na stojace auta. Widok piekny, ale niebezeczny nieco. Jak juz sie zdecyowaly na popas na lace, pojechalismy dalej. Krawedz polnocna jest polozona duzo wyzej niz poludniowa, bo na 2500 m n.p.m. Jest wiec duzo chlodniej, okolo 22-24 stopnie Celsjusza. Korzystajac z doswiadczen z Bryce Canyon NP postanowilismy zaczac od najdalszego punktu widokowego i przemieszczac sie do kolejnych, konczac na Angels Bright. To byla wspaniala wyprawa. Na koniec przeszlismy kilkumilowy szlak krawedzia kontemplujac nieziemskie widoki.
Rada:
zdecydowanie polecam zwiedzanie tego parku od krawedzi poludniowej i potem przemieszczenie sie na polnocna. Obie sa wspaniale, z tym ze na poludniowej ogrom kanionu jest bardziej namacalny a na polnocnej punkty widokowe sa umieszczone na cyplach w glebi kanionu, zapieraja wiec oddech ekspozycjami.
Jest to najbardziej spektakularna dziura w ziemi jaka widzialam i chetnie znow tu wroce.
Laki wyszli na powierzchnie okolo 18, zmordowani lecz zachwyceni. Przeszli dwie trzecie wysokosci kanionu i byli pod ogromnym wrazeniem, zarowno koszmarnej temperatury we wnetrzu, jak i zadziwiajaco bogatej szaty roslinnej poszczegolnych pieter.


O 19.30 ruszylismy w strone Page, szukajac noclegu. Nie bylo to latwe. Bylo juz ciemno, jelenie wychodzily na droge, wiec nie moglismy jechac zbyt szybko. Bylo totalnie pusto. Pierwszy napotkany motel Lees Ferry Inn ucieszyl nas niezmiernie i ku radosci okaal sie niesamowicie klimatycznym miejscem. Najfajnieszym na naszej trasie (dotychczas). Do tego bylo niesamowite niebo! Droga mleczna jak w planetarium a po 11 nastaisl spektakularny wschod ksiezyca. Po polnocy i piwku poszlismy wreszcie spac.
to byl maga fajny dzien!

ps. dzis bez polskich znakow, bo pisane na tableciku Kici

piątek, 6 lipca 2012

Zion, Coral Pink Sand Dunes- dzień dziesiąty i jedenasty, środa i czwartek

Independence day!
Po ciężkim wczorajszym dniu postanowiliśmy poświętować w iście amerykańskim stylu. Łaki z chłopakami wstali wcześniej i pojechali na basen, niestety zamkniety lecz zaliczyli paradkę (bo to była mała parada). My zwlekliśmy się dopiero koło 11.Zrobiliśmy zbiórkę i trzy orły opuściły goscinne Beaver. Ruszyliśmy autostradą międzystanową nr5. Wspaniała droga z rekordowym ograniczeniem prędkości do 80 mph.
Wojtek ciężko przeżywal, że wyprzedzają go ciężarówki. Bardzo rygorystycznie podchodzimy tu do przepisów drogowych.
Dotarliśmy koło 12.30 do St. George i pierwsze kroki skierowaliśmy do Starbucsa na kawkę. Wreszcie dobra kawa!!!!
Następnie zrobiliśmy dwugodzinny shopping :), bo to było miejsce w wieloma outletami i dodatkowymi zniżkami świątecznymi.
zameldowaliśmy sie w motelu Super8- jest wspaniały! i postanowiliśmy poodpoczywać na basenie, a po 18 udaliśmy sie do restauracji. Genialne makarony i sałatki, najedliśmy sie jak bąki :)
o 22 rozpoczął sie pokaz ogni sztucznych. Był MEGA!
Bardzo nam sie podobało to świętowanie.
Czwartek
Dziś zaplanowany mieliśmy Zion NP. Pojechaliśmy, wiec tam okolo 8.30. Piękne miejsce. Gigantyczne, czerwone skały i bujna zieleń w głebokim kanionie. Zwiedziliśmy je na razie metoda samochodową, bardzo widokowa drogą. Zrobiliśmy też ciekawą trasę wokół parku, zahaczając o Arizonę. Widzieliśmy niesamowite skały wyglądajace jak lody truskawkowe z bita śmietaną. Były tez dziwacznie rowkowane, tam strzeliliśmy sobie mini sesyjke zdjęciową. Zawitaliśmy też do rezerwatu Koralowych Wydm. Bardzo zdumiewające miejsce! Wśród skał nagle pojawiają sie wielgachne wydmy miałkiego piaseczku o barwie zupy pomidorowej zabielanej smietaną. Potem nasz mały offroadzik w kanionie. Lidzia było nieco przestraszona, ale nasze dzielne Fordziki dały radę! Było kapitalnie!
zamiast opisywac wklejam zdjęcia :) Jutro jedziemy do Zionu ponownie, tym razem zaliczyć dwie trasy: Angels Landing i Narrows.
aaa i wreszcie udało mi sie kupić whisky. Nie jest to w Utah łatwe. W żadnym sklepie nie ma alkoholu. Można go kupić jedynie w specjalnych sklepach, w których nie ma nic na popitkę, sa nieoznakowane i ciężko je znaleźć. Makabra. Byliśmy jednak z Kicią wytrwali i udało się. Dzis pijemy Black Velvet z Colą :)
A! podczas obiadu obserwowaliśmy kolibry :)














czwartek, 5 lipca 2012

Bryce Canyon! - dzień dziewiąty, wtorek

Nasza 19-sta rocznica ślubu!
Dzień zaczął sie bardzo wcześnie, bo o 4 rano. Chcieliśmy bardzo wybrać się wieczorem na full moon hike, więc niestety koło 6 rano musielismy sie ustawic w kolejce przed Visitor Center w parku Bryce Canyon. Do przejechania mieliśmy 65mil. Wybrali sie z nami Lidzia, Madzia i Sebastian oraz my z Ulą. Reszta smacznie spała.
Dzięki tej wczesnej eskapadzie widzieliśmy zachód olbrzymiego (1 dzien do pełni) Księżyca w towarzystwie jasno świecących Saturna i Marsa. Przepiękny widok, zwłaszcza, że byliśmy na wysokosci ponad 2000 m n.p.m. i niebo było czyste i przejrzyste. Po drugiej stronie zaczynalo świtac, cudny poranek.
Pod biurem parku bylo juz 43 osoby, ustawilismy sie w kolejce i poczekalismy w niej do 8 rano... niestety na zejscie do kanionu zabraklo dla nas wejsciówek, bo kolesie przed nami wzieli ich 13 dla rzekomego stada dzieci!!!! Miałam ochotę ich skopać. Na otarcie łez dostalismy wejściówki na krawędź, co okazało sie ostatecznie lepszą opcją, ale o tym później.
Zjedliśmy śniadanko, we wcześniej upatrzonym barze, było pycha. Wrócillismy tam na obiadokolację :)
Ruszyliśmy na  objazd wszystkich punktów widokowych. Uporaliśmy się z  tym do 14.30. Co Wam tu będę opowiadać, sami popatrzcie:








Spędziliśmy tam cały dzień. Po krótkiej drzemce, koło 16 zeszliśmy na dno kanionu. Niestety zaczęło grzmieć i błyskać więc musieliśmy się ewakuować. Deszcz przestał padać około 20, w sam raz na full moon hike. Niestety do Parku nawiało masę dymu, w Utah płoną lasy, i obserwacja wschodzącego księżyca nie była możliwa. Później pojawił się caly pomarańczowy. oobserwowaliśmy go przez lornetkę- było boski! I tu drobna satysfakcja. Ci co nam buchnęli bilety nie weszli do canyonu, bo było za ciemno :D.
Zakończyliśmy dzien około 12 w nocy i padliśmy na twarze absolutnie wykończeni lecz zadowoleni. Wrażenia z Bryce Canyon wspaniałe! Polecam.
Rano o 11 ruszamy do St George w pobliże Zion NP.

wtorek, 3 lipca 2012

Great Basin NP, Ely NV- dzień siódmy i ósmy, niedziela i poniedziałek

Niedziela
Dziś zaplanowaliśmy eksplorowanie Great Basin NP. Raniutko wciągnęliśmy duże śniadanko w Big Apple Familie (najgorsze, jak dotąd) i pojechaliśmy do parku. Po 30 milach dotarło do nas, że zapomnieliśmy o najważniejszej czynności na pustyni- tankowaniu. Autko twierdziło, że ma paliwa na 100 mil a do przejechania w te i wewte było 120. Podczas krótkiego napadu paniki, Kicia odpalił iPada, złapał sieć i wyszukał, że po drodze, w miejscowości Baker jest stacja benzynowa. ufff
Pogrzaliśmy więc do Baker. Rety, co my przeżyliśmy!!! Stacja to dwa dystrybutory w szczerym polu, płatnośc tylko kartą kredytową amerykańską. Stoimy i probujemy zip kody wszelakie a automat ciagle, że nie zweryfikowal tej karty... Nadzieja prawie nas opuściła, do domu za daleko- rozpacz w ciapki.
Nagle dostrzegłam zbliżająca sie półciężarówkę, zaczęłam machać jak oszalała wybiegając na jezdnię. Zatrzymał się przemiły pan w kapeluszu, poprosiłam go o pomoc tłumacząc naszą patową sytuację. Nieśmiało zapytałam, czy nie mógłby zapłacić swoja kartą a ja mu dam cash. Popatrzył na mnie chwilę i wysiadł z bryki! Zatankował nasze trzy auta, a my bawilismy sie w bankomat.
WSPANIAŁY KRAJ, WSPANIALI LUDZIE!!!!
pożegnaliśmy sie z panem-dobroczyńcą i pojechalismy w góry.
Dalszy ciag dopisze Kicia, bo ja nie podjęłam próby zdobycia czterotysięcznika, która okazała się bardzo ciężką próbą zarówno kondycji jak i hartu ducha.

Wieczorem wrócilismy do Ely i  w Silver City Restaurant zjedliśmy pyszną kolację. Postanowiliśmy wrócić tu na sniadanko.

Poniedziałek
Dziś po bardzo obfitym i smacznym śniadanku o 8.30 ruszyliśmy w stronę Utach trasa nr 21.
minęliśmy granicę i kolejne 5 godzin jechaliśmy przez kompletne pustkowie. Spotkaliśmy tylko 4 auta. Niesamowite przestrzenie, cały czas na wysokościach 1700-2000 m n.p.m.
Zatrzymaliśmy sie tylko na tankowanie i wreszcie dotarliśmy do Beaver UT. Łaki z chłopakami udali sie do hotelu a my na zwiad do Bryce Canyon NP. Widokowa droga, niestety wszędzie pełno dymu- gdzieś na południowy zachód paliły sie lasy.
Zwiad sie udał. Jutrzejszy dzień zaplanowaliśmy. Czeka na pobudka o 4.30, wiec udaję się na zasłużony odpoczynek.
zdjęcia powklejam jutro.

poniedziałek, 2 lipca 2012

Najodludniejsza Droga Ameryki czyli US 50, Nevada- dzień szósty, sobota


Dziś jedziemy najodludniejszą drogą Ameryki czyli US Road 50. Zaczyna się nie tak odludnie. Sporo aut w obu kierunkach. Zjechalismy na dwie godzinki do Virginia City, które jest  jednym z najlepiej zachowanych i najbardziej malowniczych ghost towns  w USA.


 Było miastem górniczym podczas eksploatacji złóż srebra (Nevada jest zwana Silver State, Kalifornia Golden State).  Mieliśmy mase szczęścia, bo trafiliśmy na doroczne święto- ostatni weekend  przed 4 lipca. Na Maine Street stały dziesiątki zabytkowych samochodów, wszędzie  pełno ludzi ubranych jak na początku 20 wieku.




Dymiące grille, zimne napoje i masa sklepów z tzw badziewiem. Kupiliśmy kapelusze, zjadłam śniadanko za 5,5$ wypiliśmy kawkę i poszwendaliśmy się po mieście.

Po opuszczeniu Virginia City pognaliśmy dalej 50tką, zbierając specjalne pieczątki na mapie, dokumentujące naszą podróż. Mamy nadzieję uzyskać certyfikat „we survive Road 50” J



Odludna to ona jest, widoki piękne, niezmierzone przestrzenie porośnięte z rzadka trawą, bylicą i gdzieniegdzie jałowcami. Suche i niegościnne równiny, fioletowawe i łyse góry. I tak 6 godzin. Minęliśmy tylko trzy miasteczka, w pierwszym Falon zatankowaliśmy, w drugim zjedliśmy obiad (Austin) , w trzecim podstemplowaliśmy tylko mapę (Eureka) i dotarliśmy na nocleg do czwartego (Ely). Po drodze było kilka sesji zdjęciowych pustki, samochodów minęliśmy już bardzo mało. W pewnym momencie wyprzedziła nas szybko jadąca toyota. Kilka mil dalej stała na  poboczy w towarzystwie radiowozu. Nie wiem skąd oni się biorą. Po horyzont tylko sucha trawa i krzaczki, żadnej wsi domku, NICZEGO i nagle ktoś przekracza prędkość a szeryf już jest na sygnale! Teleportery mają czy co?
Po zakwaterowaniu postanowiliśmy wyjechać za miasto pooglądać niebo, prawie nie ma tu light polutions. Kicia znalazł fajne wzgórze z droga gruntowa i placykiem do zawracania. Pojechaliśmy wiec we czwórkę: ja Kicia Ula i Sebastian. Było niesamowicie, obserwacje niemożliwe z powodu bardzo jasnego księżyca. Świecił tak mocno, że u stóp kładły się nam długie cienie, krzaki i skały wyglądały złowieszczo, na domiar złego Sebastian znalazł cała masę łusek z różnej broni. My z Ulą wpadłyśmy w panikę i zażądałyśmy natychmiastowego powrotu, ku sprzeciwowi Kici. Uległ jednak naszej presji i wróciliśmy cało i zdrowo do motelu.